Strona Główna

W mediach

Gazeta Polska
24 sierpnia 2011

Polskie obligacje dla polskich obywateli

Polskie obligacje dla polskich obywateli Grzegorz Bierecki

Gazeta Polska - 24 sierpnia 2011

Gdyby rząd zaoferował obligacje walutowe bezpośrednio obywatelom polskim, skorzystałoby z tego wielu z nich. Pożytek byłby podwójny. Po pierwsze – korzyści odsetkowe, czyli oprocentowanie tych obligacji, pozostałoby w kieszeniach naszych obywateli. Środki te zostałyby wydane w naszym kraju, dzięki nim zwiększyłaby się konsumpcja, wzrosłyby np. dochody budżetu z VAT, a także z innych podatków itd. Po drugie – zadłużenie Polski pozostałoby w polskich rękach. Zmniejszyłaby się też nasza podatność na spekulację ze strony zagranicznych grup finansowych – z Grzegorzem Biereckim, prezesem Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej, rozmawiają Teresa Wójcik i Maciej Pawlak.

Co dzisiaj, widząc kryzys finansowy, doradziłby Pan polskiemu rządowi?

Polski rząd sprzedaje obligacje skarbu państwa nominowane zarówno w euro, jak i w dolarze, jenie i franku szwajcarskim zagranicznym grupom finansowym, tzw. inwestorom portfelowym, oferując im bardzo wysokie stopy procentowe – 4 i więcej proc. rocznie, w zależności od długości okresu wykupu. Mamy obligacje zarówno dwuletnie, dziesięcioletnie, jak i nawet 50-letnie Tymczasem obywatele polscy gromadząc w bankach oszczędności w euro, a także w innych walutach, mogą liczyć na śmiesznie niskie oprocentowanie – o kilka punktów procentowych niższe od oferowanych przy obligacjach zagranicznych. Przeciętne oprocentowanie rocznej lokaty w walutach wynosi przecież zaledwie 1 proc., a Polacy i polskie instytucje finansowe pozbawieni są prawa do nabywania obligacji skarbu państwa denominowanych w walutach obcych. Tak to wygląda w praktyce i władze powinny ten mechanizm wytłumaczyć naszym obywatelom. Trzeba w końcu obniżyć koszty obsługi polskiego zadłużenia, które w budżecie rokrocznie wynoszą już ok. 40 mld zł. Dlaczego minister Jan-Vincent Rostowski sprzedaje polskie obligacje denominowane w walutach obcych wybranym grupom finansowym za granicą i oferuje im wielokrotnie wyższe oprocentowanie, niż obywatele w Polsce są w stanie uzyskać, utrzymując swoje oszczędności walutowe w zagranicznych bankach w Polsce?

Pojawia się także pytanie, na ile państwo może być konkurentem w walce o oszczędności obywateli?

Gdy prywatyzowano, a w istocie wyprzedawano za bezcen, polskie banki, obiecywano nam, że w zamian za to przyjdzie do nas wielki kapitał zagraniczny i te pieniądze będą w Polsce pracowały, pomagając m.in. w rozwoju rynku kredytowego. Jednak okazało się, że nic z tego nie wyszło. Wielki kapitał bankowy do nas nie przyszedł, a „wielka rura” finansowa zassała pieniądze z Polski za granicę. Niewykluczone też, że oszczędności gromadzone w walutach przez obywateli RP w tych bankach służą temu, aby zagraniczne grupy finansowe mogły za te waluty kupować obligacje skarbowe polskiego rządu. Zapewne nie bez powodu – jak wynika z wypowiedzi szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – banki komercyjne działające w Polsce odnotowały w I połowie br. największe w swojej historii zyski. I to w warunkach światowego kryzysu finansowego.

Jakie mogłyby być korzyści z prawa do wykupu walutowych obligacji rządowych przez Polaków?

Gdyby rząd zaoferował obligacje walutowe bezpośrednio obywatelom polskim, skorzystałoby z tego wielu z nich. Pożytek byłby podwójny. Po pierwsze – korzyści odsetkowe, czyli oprocentowanie tych obligacji, pozostałoby w Polsce, w kieszeniach naszych obywateli. Środki te zostałyby wydane w naszym kraju, dzięki nim zwiększyłaby się konsumpcja, wzrosłyby np. dochody budżetu z VAT, a także z innych podatków itd. Po drugie – zadłużenie Polski pozostałoby w polskich rękach. A jest ono dziś niebagatelne, bo wynosi już 800 mld zł i nadal rośnie. Zmniejszyłaby się też nasza podatność na spekulację ze strony zagranicznych grup finansowych. Nasi obywatele kupowaliby przecież obligacje przede wszystkim po to, by bezpiecznie oszczędzać. Jak wiemy choćby z przykładu Grecji, spekulacyjne naciski międzynarodowych grup finansowych sprawiają, że oprocentowanie obligacji emitowanych przez rządy krajów na krawędzi bankructwa sięga kilkunastu procent. Jest to swoisty szantaż ze strony globalnych grup finansowych wobec takich państw. Takie zdarzenia nie mają miejsca w krajach, w których dług publiczny znajduje się w rękach ich obywateli.

Czy model „samospłacania” zadłużenia walutowego sprawdził się w praktyce?

Naturalnie, i to z powodzeniem. Obligacje rządowe posiadają w ogromnych ilościach obywatele np. Japonii. To państwo jest bardziej zadłużone niż Grecja, w wysokości 200 proc. do swojego PKB, ale nie ma tak ogromnych problemów finansowych, ponieważ żadni inwestorzy międzynarodowi nie grają jej długiem. Bo jest to dług krajowy, obligacje pozostają w rękach japońskich instytucji finansowych i w rękach japońskich obywateli. Podobnie jest w Szwajcarii. I waluty tych krajów są dziś najmocniejsze. Można powiedzieć, że to obywatele tych krajów pokrywają solidarnie dług swojego państwa albo wykupują ten dług. Oprocentowanie tych obligacji zostaje w kraju, to pieniądze, które pobudzają popyt, a więc stymulują krajową produkcję. Są to środki, którymi ostatecznie dysponują gospodarstwa domowe, a nie ma lepszych inwestorów niż gospodynie domowe. Jeżeli także u nas państwo da zarobić własnym obywatelom, będziemy łagodniej przechodzić obecny kryzys.

Minister Rostowski chce zaoszczędzić – jak to zapowiedział – 80 mld zł w ciągu najbliższych dwóch lat…

W dodatku bez cięć budżetowych. To bardzo ciekawe zagadnienie, ale przed wyborami PO nam nie ujawni, jak chce wyjść z pułapki zadłużenia, w którą wprowadził nas ich minister finansów. Za jego urzędowania przybyło nam ponad 300 mld zł nowych długów. Komu je zabierze? Bo przecież będzie musiał skądś te pieniądze wziąć. Ja się zawsze obawiam sytuacji, kiedy powierza się naprawienie zegarka temu, kto go zepsuł. A to obecny rząd PO–PSL zadłużył nas ponad wszelkie wyobrażenie, i to o wiele mocniej niż Edward Gierek. Po Gierku przynajmniej coś zostało, np. trasa katowicka („gierkówka”). Co zostanie po Tusku? Będziemy wkrótce – podczas wyborów – to oceniać.

Czy pomysł wykupu obligacji walutowych rządu przez polskich obywateli konsultował Pan z innymi ekonomistami?

Tak. Nasi analitycy nie mają wątpliwości. Wszyscy widzą potrzebę zmian, potrzebę unarodowienia długu polskiego. To powinno być jednym z priorytetów przyszłego rządu, aby związać dług państwa z oszczędnościami obywateli. A także zmniejszyć zależność rządu od interesów zagranicznych grup finansowych i od zmian kursu walutowego. Eksperci przekonują nas, że kredyty trzeba brać w tej walucie, w której się zarabia. Jeżeli wydatki budżetowe ponosimy w złotych, to w jakiej walucie powinniśmy kredytować polski budżet? Oczywiście w złotych. Związanie długu państwa z oszczędnościami obywateli wymaga długofalowego planu, to nie może być działanie jednorazowe. Taki plan został opracowany w latach 30. w USA jako jedno z najważniejszych rozwiązań ówczesnego kryzysu. I to z udziałem amerykańskich unii kredytowych. Trzeba sięgnąć do dobrych przykładów i doświadczeń, nie pomijając ogromnego ówczesnego wsparcia dla rozwoju tej instytucji. Właśnie dlatego, że nie była to instytucja spekulacyjna, że była własnością obywateli amerykańskich i że swoje nadwyżki lokowała w obligacjach państwa. Dzisiaj też rząd amerykański jest o wiele bardziej zadłużony u swoich obywateli niż u Chińczyków. Pekin ma w obligacjach USA 1,2 bln dol., a obywatele amerykańscy i instytucje krajowe wykupiły obligacje za ponad 2 bln dol. I to ratuje Stany Zjednoczone przed spekulantami.

Mamy groźny kryzys światowego systemu finansów. Jaką rolę w tych warunkach mogą odegrać SKOK-i?

Dziś nadszedł czas, kiedy kasy kredytowe udowadniają swoją ogromną przydatność dla gospodarki krajowej i rządów w poszczególnych państwach w stabilizowaniu rynku. Władze w wielu krajach zachodnich promują i ułatwiają działalność kas kredytowych. Nie tak dawno w Australii minister gospodarki ostentacyjnie przystąpił do tamtejszej kasy kredytowej. Chciał w ten sposób podkreślić szczególne znaczenie spółdzielczych instytucji dla stabilności systemu finansowego. W interesie każdego demokratycznego państwa leży funkcjonowanie takiego systemu: zdywersyfikowanego, zdecentralizowanego i narodowego. A narzędziem, które może pomóc w osiągnięciu tego celu, jest aktywność kas kredytowych.

Są one szczególnymi instytucjami finansowymi. Ich koncepcja została pomyślana i zrealizowana (właśnie pod nazwą kas kredytowych) w kryzysowych latach 30. ubiegłego wieku w USA. Miały one m.in. kupować papiery wartościowe długu rządu amerykańskiego. Powołane zostały do życia na mocy specjalnej ustawy federalnej, a jeden z jej przepisów stwierdzał, że kasy kredytowe powinny przyczyniać się do podnoszenia poziomu życia przeciętnego Amerykanina. Mają one charakter lokalny, należą do obywateli kraju i mają zawsze pozostawać w ich rękach. A uzyskane nadwyżki inwestują w papiery państwowe. Zatem za pośrednictwem kas kredytowych obywatele wykupują dług swojego państwa. Ustawa o kasach kredytowych była więc elementem szerokiego planu wyjścia USA z ówczesnego głębokiego kryzysu gospodarczego.

Jak reagują obecne władze i konkurencyjne banki komercyjne na waszą coraz bardziej aktywną rolę na polskim rynku finansowym?

Rząd polski jest zakładnikiem potężnych zagranicznych lobbies finansowych. Nasz sektor finansowy jest zdominowany przez obcy kapitał i zagraniczne banki, a rząd realizuje interesy tego kapitału. Dlatego wciąż doświadczamy drastycznych, nieustających ataków polityków Platformy Obywatelskiej właśnie na SKOK-i, które realizują interesy obywateli i interesy naszego kraju. My zabieramy rynek zagranicznym bankom, stanowimy dla nich groźną konkurencję, ponieważ jesteśmy cenowym punktem odniesienia dla planowania działalności tych banków. Gdy banki przygotowują akcję kredytową dla indywidualnych konsumentów, muszą brać pod uwagę ofertę SKOK-ów. Gdy banki przygotowują swoją ofertę depozytową – też muszą brać pod uwagę naszą ofertę, bo my dysponujemy siecią prawie 1900 placówek i obsługujemy prawie 2,5 mln gospodarstw domowych. Posiadamy też w całym kraju sieć ponad 1000 bankomatów. To było jednym z naszych celów – SKOK-i mają być łatwo dostępne dla klientów, być wszędzie i świadczyć tanie usługi.

Dlaczego Pan, cieszący się sukcesami finansista, także w skali międzynarodowej, kandyduje na senatora?

Z poczucia obowiązku. Kiedy rozpocząłem tworzenie w Polsce SKOK-ów, to nie dlatego, że myślałem o założeniu instytucji biznesowej, komercyjnej. Gdybym ten czas, jaki poświęciłem SKOK-om, przeznaczył na działalność gospodarczą, pewnie byłbym teraz bardzo bogaty. Ale mnie chodziło – i chodzi – o zupełnie coś innego. O ruch społeczny. O cele społeczne, nie zarobkowe, o poprawę życia zwykłego obywatela. Zapewnienie mu dostępu do kredytu i możliwości bezpiecznego oszczędzania w instytucji, na którą może mieć wpływ. SKOK-i są przecież instytucją spółdzielczą i polską – co ważne – działającą na zasadach „non profit”. Jesteśmy po to, żeby nasi członkowie, którzy są współwłaścicielami SKOK-ów, byli coraz bogatsi. Co roku na konferencji krajowej delegatów SKOK-ów informuję nie o tym, ile Kasy zarobiły, jaki zysk wypracowały, ale o tym, ile nasi członkowie osiągnęli korzyści, ile setek milionów złotych zostało w portfelach naszych członków dzięki temu, że oszczędzają i pożyczają w SKOK-ach. Czyli jaką korzyść uzyskali właściciele SKOK-ów, a tym samym Polska i Polacy.

Kandyduje Pan z list PiS. Czy nie obawia się Pan przypięcia łatki „funkcjonariusza partyjnego”?


Kandyduję nie jako polityk PiS, lecz z Ruchu im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Kiedy ponad rok temu zobaczyłem pod Smoleńskiem wrak samolotu, w którym zginęło wielu moich przyjaciół (z wieloma współpracowałem w opracowywaniu m.in. ustawy antylichwiarskiej i o upadłości konsumenckiej), zacząłem się zastanawiać, co ja mógłbym zrobić, by w jakiś sposób kontynuować ich misję. Współpracowałem ponad 20 lat ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim. To dzięki niemu wyjechałem w 1989 r. do Kansas w USA i tam przekonałem się naocznie, jak prężnie działają tamtejsze kasy kredytowe. Z jego poparciem zacząłem po powrocie do kraju tworzyć, korzystając z doświadczenia amerykańskiego, rodzime SKOK-i. Na kilka tygodni przed tragedią smoleńską prezydent Lech Kaczyński powołał mnie w skład Narodowej Rady Rozwoju. Wobec tego, gdy ponadpartyjny Ruch im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego zaproponował mi kandydowanie do Senatu w tegorocznych wyborach, zdecydowałem się bez większych wahań i jestem z tego dumny.

Autor: Maciej Pawlak, Teresa Wójcik
Rocznik: Nr 34 z 24 sierpnia 2011

Do pobrania:

powrót...