Strona Główna

W mediach

Zniewoleni przez banki

wSieci - 10 marca 2014

Z Grzegorzem Biereckim, przewodniczącym Światowej Rady Związków Kredytowych, senatorem PiS, rozmawia Maciej Goniszewski

Z wypowiedzi przedstawicieli Komisji Nadzoru Finansowego na temat kredytów walutowych wynika, że głównym celem tej instytucji jest dbałość o to, by zarządzający bankami nie mieli problemów. Nadzór wydaje się nie dostrzegać, że dla stabilności systemu finansowego równie niebezpieczne mogą być problemy finansowe setek tysięcy polskich rodzin.

Wygląda na to, że cała rentowność banków działających w Polsce zależy od tego, jak wiele uzyskają z kredytów frankowych. W czasie senackiej debaty na temat kredytów walutowych okazało się, że w przypadku 98 proc. kredytów we frankach tak naprawdę nie dochodziło do obrotu szwajcarską walutą. Były to kredyty złotówkowe denominowane jedynie do kursu franka. Oznacza to, że cały wzrost kursu tej waluty do złotówki stanowi przychód banku. Mamy więc sytuację, w której KNF wydaje się martwić głównie o rentowność banków, a nie – jak twierdzi – o starty, które mogłyby powstać, gdyby banki faktycznie zadłużały się we frankach, żeby prowadzić w tej walucie akcję kredytową.

Błędem jest mówienie w przypadku tego produktu bankowego o kredycie walutowym. Należy go raczej nazwać derywatem. Kilkuset tysiącom Polaków został sprzedany toksyczny produkt bankowy ukryty pod nazwą kredytu. Dzięki tej operacji banki zyskały przychód szacowany przez KNF na 40–50 mld zł i złapały w pułapkę niespłacalnego kredytu kilkaset gospodarstw domowych. Coś, co miały spłacić w perspektywie 20–30 lat, mogą spłacać do końca życia i jeszcze nie spłacić. Stały się bankowymi niewolnikami.

Czy sytuacja tych ludzi nie jest dla gospodarki poważniejszym zagrożeniem niż problemy dwóch czy trzech banków?

To ogromny problem niszczenia siły nabywczej budującej się klasy średniej. Ci ludzie zamiast płacić bankowi nadmiernie wysokie raty, mogliby wydawać pieniądze na budowę swojej przyszłości, a przy okazji nakręcać koniunkturę w Polsce. Została ograniczona siła nabywcza ok. 600 tys. gospodarstw domowych.

Jakie są szanse na to, że kurs franka szwajcarskiego wróci do poziomu 2 zł?

Nie zanosi się na to i nie wydaje się to możliwe. Jeżeli jednak mówimy już o kursie CHF, widzę tu kolejną sprawę, którą powinien się zainteresować nadzór finansowy. Jak to się stało, że największe nasilenie sprzedaży kredytów frankowych zbiegło się z historycznie najniższymi notowaniami tej waluty w stosunku do złotówki. W 2008 r., w którym sprzedano 165,5 tys. kredytów, frank osiągał rekordowe minima.

To sprzeczne z zasadami popytu i podaży. Teoretycznie duże zapotrzebowanie na franki ze strony działających w Polsce banków powinno podwyższać kurs.

Kluczem jest to, co powiedział w czasie debaty w Senacie wiceminister finansów. Banki nie potrzebowały franków, ponieważ nie udzielały kredytów walutowych, lecz złotówkowe denominowane do franków. Używany był jedynie wskaźnik, denominator, dla wyliczenia wartości zobowiązania. W związku z tym bankom zależało, by kurs był jak najniższy dla jak największej liczby umów. Gdy tylko postanowiły zrealizować zyski z tej operacji i kurs franka gwałtownie wzrósł, sprzedaż kredytów natychmiast ustała (w 2009 r. sprzedano ich już tylko 14 tys., a w 2013 – 400), co z punktu widzenia interesu klienta wydaje się nielogiczne, ponieważ gdy kredyt jest brany przy wysokim kursie, istnieje duża szansa, że jego wartość będzie malała wraz ze spadkiem tego kursu. Porównując wielkość sprzedaży kredytów frankowych z kursem szwajcarskiej waluty, można dojść do wniosku, że była to planowa operacja. Identyczną przeprowadzono wcześniej na przedsiębiorcach, którym sprzedano opcje walutowe.

Ci przedsiębiorcy, którym udało się przetrwać straty wynikające z opcji i było ich stać na prawników, teraz wygrywają procesy wytoczone bankom. Czy na podobne zwycięstwa mają szansę kredytobiorcy?

Mam nadzieję, bo im tak naprawdę nie udzielano kredytów, tylko sprzedawano toksyczny produkt bankowy. Banki działały tu w złej wierze, z pełną świadomością tego, co sprzedają, i wykorzystując swoją siłę do takiego kształtowania rynku, by bezpieczne kredyty złotówkowe były za drogie dla większości klientów. Podobnie jak brytyjski nadzór wykrył i zbadał zmowę przy ustalaniu stawki LIBOR, polski nadzór powinien wyjaśnić podobną sytuację przy ustalaniu stawki WIBOR. Jej sztuczne zawyżanie przez banki sprawiało, że oprocentowanie kredytów złotówkowych było zawyżone w stosunku do realnej sytuacji rynkowej.

Jakie zmiany w prawie należałoby wprowadzić, by unikać w przyszłości podobnych sytuacji?

Przede wszystkim należy dążyć do tego, by kredyty mieszkaniowe były udzielane ze stałym oprocentowaniem, tak jak na rozwiniętych rynkach. Dzięki temu ludzie będą mieli pewność, że ich rata nie zacznie nagle wzrastać w przypadku pogorszenia warunków na rynku finansowym. Po drugie trzeba zapewnić łatwość refinansowania, tak żeby nie było przeszkód w umowach. W USA i Kandzie jest naturalne, że po zaciągnięciu kredytu na stałą stopę, gdy procentowe spadają, klienci zaczynają refinansować stary kredyt nowym, korzystniej oprocentowanym. Po trzecie kredyty walutowe zawsze powinny być spłacane po kursie z dnia zawarcia umowy. Wtedy ryzyko kursowe przejdzie z klienta na bank, a ten jest stroną zdecydowanie silniejszą, która wie jak i ma możliwości zabezpieczenia się przed tym ryzykiem. Po czwarte należy wprowadzić limit roszczeń z kredytu hipotecznego – maksymalnie do wartości nieruchomości będącej zabezpieczeniem kredytu. Znowu mielibyśmy przejęcie przez bank ryzyka – tym razem ryzyka spadku wartości nieruchomości. Wprowadzenie tych ograniczeń zniechęcałoby banki do gry po dwóch stronach. Trzeba też doprowadzić do tego, by powiązać kredytowanie mieszkań z długoterminowymi oszczędnościami, np. poprzez stworzenie kas oszczędnościowo-budowlanych, które w Niemczech czy Austrii świetnie funkcjonują. W Polsce również mogłyby już istnieć, ale Hanna Gronkiewicz-Waltz, będąc prezesem Narodowego Banku Polskiego, nie dopuściła do ich powstania. Gdyby istniały, mielibyśmy na rynku budowlanym mniejszą cykliczność. Amplituda kolejnych okresów wzmożonej aktywności i stagnacji byłaby mniejsza.

Wszystkie te propozycje dotyczą tych, którzy będą brali kredyty w przyszłości. Co można zrobić dla tych, którzy już je mają?

Po pierwsze państwo powinno wesprzeć tych, którzy wystąpią przeciw bankom na drogę sądową. KNF ma dostęp do dokumentacji bankowej i jest w stanie sprawdzić, czy w konkretnych przypadkach banki zachowywały się uczciwie – jak przebiegała korespondencja mejlowa pomiędzy pracownikiem a klientem, pomiędzy pracownikami, jak był przedstawiany produkt, jaka była intencja. W ten sposób postępował nadzór w innych krajach, a u nas urzędnicy zamiast działać w interesie podatników, którzy ich utrzymują, martwią się głównie zyskami banków. Nieprawdą jest, że starty, które poniosą banki, jeśli pozwoli się spłacać kredyty walutowe po kursie z dnia zawarcia umowy, będzie musiał pokryć budżet państwa. Te banki mają właścicieli i to oni ponoszą główny ciężar utrzymania swoich firm. Właściciele ci w minionych latach odnieśli bardzo duże korzyści – w ostatnim roku w sumie ponad 15 mld zł zysku.

Może polski nadzór nie ma narzędzi pozwalających mu chronić słabszych uczestników rynku finansowego przed nadużyciami tych silniejszych? Przecież kredyty walutowe to nie pierwszy przypadek, gdy KNF pozostawia klientów samych sobie, ograniczając się do stwierdzenia, że sami są sobie winni. Tak było np. z opcjami, WGI, Amber Gold i nadal jest z polisolokatami.

KNF ma niezbędne narzędzia, ale nawet obowiązek dbać o stabilność rynku finansowego. Stabilność rozumianą nie tylko jako przychody instytucji finansowych, lecz długoterminowo jako zapewnienie zdolności do jego zdrowego funkcjonowania, a to oznacza ochronę wszystkich uczestników tego rynku, także klientów. Niestety urzędnicy nie dostrzegają klientów. Nie potrafią skutecznie chronić ich przed oszustami ani ostrzec przed toksycznymiproduktami. Nie wskazują też ustawodawcy, co należy zmienić w polskim prawie, by rynek finansowy był bardziej bezpieczny dla jego nieprofesjonalnych uczestników. W polskimprawie istnieje np. takirelikt minionej epoki jak Bankowy Tytuł Egzekucyjny. Miał on uzasadnienie, gdy bank był urzędem. Teraz to niekonstytucyjne uprzywilejowanie jednego podmiotu gospodarczego wobec innych. Jak można dowiedzieć się z doniesień prasowych, banki nadużywają tego uprawnienia, wystawiając BTE przeciw klientom, którzy zalegają ze spłatą jednej raty, na dodatek w przypadku jakiegoś błędu lub konfliktu klient nie ma żadnej możliwości obrony, ponieważ tytuł jest nieweryfikowany przez sąd.

Jakie są szanse, by wprowadzić zmiany prawne, o których pan mówi?

Kiedy się spojrzy na skład Rady Gospodarczej przy premierze, to przy takich doradcach obecnego rządu – niewielkie. Z 14 jej uczestników większość stanowią obecni lub byli pracownicy zagranicznych banków. Oni są w stałym konflikcie interesów i nie powinni tam zasiadać, a premier nie powinien ich powoływać. Doradzając rządowi, nie są w stanie brać pod uwagę jedynie dobra państwa. Nie wydadzą przecież opinii działającej na niekorzyść firmy, dzięki której utrzymują rodzinę, a która byłaby korzystna dla obywateli i dla państwa. Premier powinien jak najszybciej zmienić skład Rady. Powinni w niej uczestniczyć jedynie ludzie, którzy są niezależnymi naukowcami, a nie pracownikami banku. Niezależnie jednak od szans wprowadzenia tych zmian przygotujemy projekt odpowiedniej ustawy. Trzeba pokazywać właściwe rozwiązania i próbować je wdrażać. Jeżeli będziemy czekać z założonymi rękami, nie mamy żadnych szans na poprawienie sytuacji.

Źródło: Tygodnik wSieci, nr 11 (67) 2014, 10–16 marca 2014 r.

powrót...

 
  2015 ©

Strona administrowana przez KWW Grzegorza Biereckiego